Prędzej czy później wszyscy musimy rozstać się z przeszłością.Dan Brown
Wschód słońca z pewnością jest jednym z największych cudów. Choćbym oglądała go nie wiem ile razy, nigdy mi się nie znudzi. Ten widok zawsze będzie mi przypominał o nadziei, która na nowo pojawia się każdego dnia. Własnie dlatego bardzo lubię moje imię- Łucja. Oznacza ono: narodzona o wschodzie słońca. Nadał mi je krótko po moim urodzeniu-20 sierpnia, około godziny 5 rano-mój ojciec.
Pierwsze lata mojego życia pamiętam jakby przez mgłę. Chociaż mieszkaliśmy wtedy w tym samym miejscu, w domu niemalże w środku lasu, wszystko było jakieś inne. Lepsze...
Najwięcej czasu spędzałam z moim tatą. Był to naprawdę wesoły człowiek. Pamiętam, że miał takie same jak ja złotawe, kręcone włosy i pełno piegów na policzkach. Co wieczór siadał na skraju mojego łóżka i czytał mi coś. Dzięki niemu szybko nauczyłam się czytać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak ważną umiejętnością okaże się to za kilka lat.
Pewnego dnia wyszedł on z domu i już nigdy nie wrócił. Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Jedynie książki pozostały takie same, nadal tętniły życiem i radością. Cała miłość i szczęście nagle zniknęły. Nasz dom zamienił się w chłodne, nieprzyjemne mury, kryjące między sobą śmieci i zakurzone meble.
Od tamtej pory moja mama większość czasu przesiadywała zamknięta na klucz w swoim pokoju, prawie w ogóle ze mną nie rozmawiając. Ja za to większość czasu czytałam książki. Świat w nich wydawał mi się taki wspaniały, taki wielki. Właściwie był on dla mnie o wiele ważniejszy od tego realnego, w którym wszystko było takie nudne i smutne... Lubiłam też rzeźbić twarze w drzewach rosnących w lesie otaczającym dom. Każde drzewo miało własne imię. Nie mogąc liczyć na towarzystwo mojej mamy, to właśnie z nimi rozmawiałam.
Zastanawiało mnie co kryje się za lasem. Czy jest tam jakiś człowiek? Czy książki naprawdę nie kłamią i znajduje się tam tak wiele budynków, ludzi, przygód i ... tego wszystkiego? Czy jest to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe? Moja mama powiedziała mi kiedyś, że jest tam tylko zło, że jeśli tam pójdę, na pewno zginę, a ona umrze z tęsknoty za mną. Dlatego nie oddalałam się od domu.
I pewnie tak żyłabym już zawsze, gdyby nie ten dzień- 14 listopada. Tej daty nie zapomnę do końca życia.
Zwykły listopadowy poranek. Dość zimno. Siedziałam wtedy przy kuchennym oknie i czytałam "Tajemniczą wyspę" Juliusza Verne. Czułam się jakbym naprawdę tam była. Jakbym to ja była ma pokładzie tonącego statku. Słyszałam te rozmowy pełne napięcia i przerażenia. "Co robić?" - słyszałam tak wyraźnie, jakby człowiek wypowiadający te słowa stał zaledwie kilka metrów ode mnie. "Otwierać!!!" -wrzeszczał. Chwila...To wcale nie z mojej wyobraźni pochodziły te odgłosy. Ktoś naprawdę się wydziera. Do moich uszu doszło natarczywe pukanie w drzwi. Chciałam otworzyć, ale z drugiej strony bałam się. Chwilę walczyłam ze sobą, nie mogąc się zdecydować. "Policja, otwierać!"-krzyczeli. Po krótkiej chwili rozległ się huk. Policjanci wyważyli drzwi. Przerażona uciekam na górę i ukryłam się w jednym z pokoi. Usłyszałam, że mężczyźni wchodzą po schodach. Zapukali w pierwsze drzwi-te od pokoju mojej mamy. Szczęknął klucz w zamku. Nic nie widziałam, bo bałam się wyjrzeć z mojej kryjówki. Mogłam się tylko domyślać, że weszli do środka. Z pokoju dobiegały urywki rozmowy, jednak byłam za daleko, by zrozumieć jej sens. Wiem tylko, że mówili coś o mnie. Słyszałam też stłumiony szloch matki. Policjanci wyszli, kiedy zaczęło się już robić ciemno.
Dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko. Za dzień, może dwa mężczyźni wrócili, kazali nam się spakować i powiedzieli, że wrócą następnego dnia oraz, że zamieszkam u mojej ciotki. Włożyłam do walizki najpotrzebniejsze rzeczy i oczywiście parę książek. Rzeczywiście, kolejnego dnia obok domu zaparkowały dwa samochody. Ktoś kazał mi wsiąść do jednego z nich, a mojej mamie do drugiego. Nie zastanawiałam się wtedy dlaczego. Byłam za bardzo zszokowana tym wszystkim. Samochodami, zamieszaniem i tyloma ludźmi wokoło. Bałam się, że moja mama miała rację i że teraz obie zginiemy, ale jednocześnie czułam pewnego rodzaju ciekawość jak tam jest. "Może moja mama się myliła, może nie będzie tak źle?" Nagle coś szarpnęło i samochód wyruszył. Przed oczami miałam oddalający się obraz naszego domu .Tego więzienia niemalże bez wyjścia, ale miejsca, z którym wiązało się tyle wspomnień. Był przecież wszystkim, co miałam. Mimo wszystko kochałam go. Nie wiedziałam nic, poza tym, że niedługo wszystko się zmieni.